wtorek, 22 października 2013

Strach nie takie wielkie oczy ma, czyli słów parę na temat GMO, eko-żywności, suplementacji i innych takich.

I znów kontrowersyjny temat. I znów pewnie oberwie mi się, że jakim to ja jestem specjalistą, że pewnie neguję innych specjalistów. I znów jedna strona mnie poprze a inna potępi. Ale cóż takie życie. Często jestem pytana czy jestem przeciwnikiem GMO, czy jadam eko-, czy jak kto woli bio-żywność? Czy się suplementuję? Tym razem jednak nie będę demonizować, podam co najwyżej trochę swoich przemyśleń.

Zacznę więc od tego, co wywołuje najwięcej strachu i kontrowersji. Od GMO. Nie jestem niestety specjalistą od inżynierii genetycznej, więc oprę się troszkę na historii i troszkę na obserwacjach. Czy GMO jest więc złe? Ja uważam, że nie do końca. Sama idea mutacji transgenicznych jest wg mnie genialna. Bo mutacje transgeniczne z założenia mają służyć dobru ludzkiemu. W krajach trzeciego świata mogłyby pomóc w walce z głodem. Poza tym dziś wszyscy korzystamy z dobrodziejstwa jakim jest chociażby fantastyczny i zdrowy olej rzepakowy, a ten nie byłby taki zdrowy gdyby wciąż zawierał kwas erukowy. A jak wiemy kwas erukowy udało się wyeliminować poprzez krzyżowanie genetyczne. Tak więc mamy tu przykład genialnego zastosowania inżynierii genetycznej. Co więc poszło nie tak? Ja zawsze dość kontrowersyjnie porównuję GMO do religii katolickiej. I przepraszam, jeśli urażę czyjeś uczucia religijne, ale historia pokazuje, że zarówno z GMO jak i z katolicyzmem było tak, że ich idea była genialna a w praniu wyszedł jeden wielki bałagan (chciałam użyć innego słowa ale wyszło by bardzo nieładnie). I tak więc aktualnie coraz częściej wykorzystuje się i jedno i drugie w niecnych celach. Z GMO pojawił się problem dotyczący monopolizacji i patentu. Problem masowej, nazywam ją, herbicydyzacji. Bo aktualnie największe zastosowanie mutacji genetycznej znajdujemy na przykładach upraw warzyw, które nawozi się herbicydami zawierającymi glifostat. Glifostat hamuje działanie syntazy EPSPS, enzymu, który w warzywach odpowiada za ich smak i zapach. I tak sprytne koncerny wykorzystały mutacje transgeniczne, by przy jednoczesnym giga-nawożeniu herbicydami, syntaza EPSPS była odporna na glifostat, a tym samym by warzywa zachowywały swój smak i zapach. Oczywiście firmy produkujące herbicydy zasłaniają się badaniami (opłacanymi przez samych siebie), w których nie widać szkodliwych skutków działania glifostatu na organizmy żywe. Ja dodam od siebie, że różni są specjaliści, różne są badania, różne są ich wyniki, a jak świat światem tak DDT zostało dopuszczone do stosowania jako bezpieczne, po czym historia trochę zawirowała na zakręcie. I jak świat światem, wszystko co zostało wycofane, najpierw zostało dopuszczone. Czas pokaże. Nie skłaniałbym się jednak ku temu, że jak coś przeszło mutację transgeniczną a my to zjemy to od razu oznacza, że wyrośnie nam trzecie ucho albo, że będziemy otyli, bo takie argumenty też już słyszałam. Mnie najbardziej przeraża kwestia herbicydów, monopolizacji i patentów genetycznych, bo te mogą zaszkodzić bioróżnorodności. Podsumowując pozwolę sobie zacytować Richarda Dawkinsa: "Jestem przeciwny działaniom, które mogą wywołać cierpienie jakichś istot, nie tylko ludzkich, lub mogą być szkodliwe dla środowiska. Dlatego moje podejrzenia budzą działania firmy biotechnologicznych, które wytwarzają zarówno środki chwastobójcze, jak i odporne na nie zmodyfikowane genetycznie rośliny. Tego typu monopol może prowadzić do monokultury, co nie jest najlepsze dla przyrody."





Jako drugą na tapet wezmę eko-żywność, lub jak kto woli bio-żywność. I tu znów znajduję pewne za i przeciw. Bo moim zdaniem żywność "bio" nie zawsze musi być rewelacją. No bo co mi po białym ryżu, czy on jest bio- czy nie bio to  i tak jest mało wartościowy. I to, że kupię biały ryż "bio" nie oznacza, że odżywiam się racjonalnie. Bo każdy biały ryż nie ma właściwie większych wartości odżywczych, oprócz tego że podnosi glukozę i "zapycha" "mały głód". Trzeba więc czasem zastanowić się czy pewne produkty nie są zwykłym chwytem na zarabianie na nas kasy. Trochę inaczej ma się oczywiście sprawa takich produktów jak kakao, przyprawy korzenne. tu najpewniej jest korzystać z tych eko, oczywiście sprawdzonych i certyfikowanych eko, bo taki na przykład cynamon pochodzący z Chin a prawdziwy cynamon z Cejlonu różnią się swoimi właściwościami, oczywiście na korzyść tego z Cejlonu. I tak cynamon chiński zawierający szkodliwą w nadmiarze kumarynę mamy w tradycyjnych hipermarketach a taki cynamon cejloński jest już dostępny na stoiskach ze zdrową bio żywnością i cena tegoż cynamonu jest diametralnie różna od tego ze zwykłej półki. Co do owoców i warzyw to zawsze za bio żywnością będzie przemawiał fakt, iż są one w większości nawożone bio nawozami, ale czy żadnej chemii się tu nie stosuje to wie tylko rolnik, który to uprawia. Dodam może, że kiedyś czytałam o badaniu, które wykazało że organiczna bio żywność w USA jest bardziej zanieczyszczona pestycydami niż żywność z naszych polskich upraw tradycyjnych. No i jeszcze jeden fakt, to że żywność jest bio nie oznacza, że ma więcej wartości odżywczych, ale że jest czystsza w kwestii sztucznych nawozów. Oczywiście istnieje jeszcze tak zwana domowa żywność eko, którą ja uwielbiam, która pozwala jedynie na uprawę sezonową i wolną od sztucznych nawozów, i takim przykładem są owoce i warzywa z własnej uprawy w ogrodzie lub na działce. I taka żywność na pewno jest o wiele bardziej odżywcza, chociażby dlatego, że jest sezonowa. A to właśnie sezonowość produktu świadczy o jego pro-zdrowotności. Jeśli o mnie osobiście chodzi to ja z żywności bio kupuję cytryny, bo te są wolne od sztucznych konserwujących wosków, a cytryny i tak są sprowadzane i tak naprawdę tu akurat ma to dla mnie sens. Kiedyś kupowałam marchewki, ale były mało soczyste i kilka razy natknęłam się na zgniłe więc zrezygnowałam na korzyść polskich sezonowych. Zastanowiłabym się też nad jajkami ale o znaczeniu jajek bio i z wolnego wybiegu pisałam już jakiś czas temu w tym artykule. Jednym słowem , nie dajmy się zwariować i zapamiętajmy, że przede wszystkim najlepsza i najwartościowsza jest żywność sezonowa.




No i przejdźmy do trzeciego tematu - suplementacji. Czy ja się suplementuję? Tak owszem. Suplementuję się tranem. A dlaczego? Bo ciężko jest w warunkach klimatycznych w jakich żyjemy syntezować swoją własną witaminę D. Bo coraz mniej jej naturalnej formy jest w żywności. Całą resztę staram się dostarczyć z żywnością, bo znam się na źródłach poszczególnych mikroelementów w żywności. I oczywiście zaraz mi się oberwie, że przecież mamy żywność przemysłową, że skąd ja wiem czy nie mam niedoborów. Nie wiem czy nie mam niedoborów, czekam aż mój lekarz skieruje mnie na badania. Wtedy się dowiem. Ale z własnej wiedzy skonstruowałam sobie tak dietę by w niedobory się nie wpędzać. Oczywiście dieta przeciętnego Kowalskiego jest niedoborowa. I często nie wynika to z faktu, że za mało czegoś w diecie dostarczył ale z tego, że być może za bardzo to z siebie wypłukał (chociażby poprzez picie coli, kawy czy herbaty) co odnosi się głównie do wapnia, żelaza i magnezu. I jeśli ktoś ma niedobory, to najpierw staram się tym osobom wskazać źródła danych składników w diecie, a przy konkretnych niedoborach zastosowanie suplementacji. Ale suplementacja też powinna być stosowana pod okiem fachowca. Bo nie wystarczy, ot tak sięgnąć po to czy tamto. Nie powinno się też stosować suplementacji jako rutyny i przez długi okres czasu, bo skutki pewnych suplementów mogą z czasem okazać się dość negatywne, co chociażby pokazują badania laboratoryjne, wykone na mojej uczelni, na zwierzętach suplementowanych witaminami z grupy B (źródło), u których wykryto otłuszczenie narządów wewnętrznych. Nie do końca właściwe też będzie stosowanie "multi" preparatów, bo skąd wiadomo czy skład danego "multi" suplementu będzie proporcjonalny do naszych niedoborów? Bo czy zdajecie sobie sprawę, że nadmiar wapnia powoduje spadek aktywnej witaminy D (po prostu ją zużywa) i jest jednocześnie antagonistą magnezu? Podsumowując- zawsze starajmy się poszukiwać źródeł mikroelementów z żywności, bo to żywność zawiera je w postaci naturalnych i najlepiej przyswajalnych kompleksów. Następnie przy zdiagnozowanych i kontrolowanych przez lekarza niedoborach stosujcie konkretną suplementację. Do momentu uzupełnienia. Zbilansowana dieta powinna po odstawieniu suplementacji zaspokoić zapotrzebowanie na dane mikroskładniki.


wtorek, 15 października 2013

Czy mama nauczy Stasia tabliczki mnożenia i dobrych nawyków?

Nie jestem fanem TV. Generalnie jak coś leci, to leci w tle.  Zrezygnowałam z oglądania telewizji komercyjnej, bo zwyczajnie nie mam na to czasu, a jak już go mam, to wolę poświęcić go na jakąś dobrą premierę na HBO, nieprzerywaną reklamami. Bo tych nie znoszę. Często jestem też biernym widzem TVN24, którego z kolei wiernym widzem jest mój Lolek, więc od przeklętych reklam nie mogę się całkowicie odciąć. I tak chcąc, czy nie chcąc, obijają się o mój wzrok i słuch coraz to głupsze reklamy i ogólnie może bym to olała, ale jak widzę jak ewidentnie robi się z nas widzów debili, to szlag mnie trafia.
I tak oto mamy reklamę płatków fitness, z piękną chudą modelką w tle, i słyszymy jakie to one zdrowe, bo mają witaminy i błonnik. Dlaczego nikt nie doda, że te witaminy są syntetyczne? Że płatki dosładzane są cukrem? Że mimo, tak jak to opisują, "wielkiej zawartości błonnika" powodują skoki, glukozy i pobudzają apetyt, będąc jednocześnie motorem cukrzycy? Chwilę później leci reklama mega zdrowego soku marchwiowego dla dzieci, ale znów nikt nie doda, że witamina C w tym soku jest wynikiem jego fortyfikacji a nie natury, że w szklance tego soku mamy równowartość kilku łyżeczek cukru? 
Nie wspominając już o margarynach miękkich, które to rzekomo pomagają obniżać poziom złego cholesterolu. Heloł? Czy jest na sali specjalista? A czy to nie izomery trans zawarte w każdej margarynie (niezależnie czy jest twarda czy miękka) zwiększają poziom złego cholesterolu LDL sprzyjającego tworzeniu się blaszki miażdżycowej, co udowodniono już wielokrotnie? Ale pani w reklamie udająca lekarza wmawia konsumentowi, że właściwa dieta i zwiększona aktywność ruchowa, nie są w stanie obniżyć cholesterolu. I że trzeba jeść margarynę.





Jednym z moich najbardziej ulubionych debilizmów reklamowych były "sraktimelki", dla zdrowego "pimpuszka" twojego maluszka. Jest chyba jednak sprawiedliwość, bo coś kiedyś obiło mi się o uszy, że producent "sraktimelków" musiał się dość intensywnie procesować i niestety nie udało mu się udowodnić prozdrowotnych właściwości tegoż specyfiku, tak dumnie wykrzykiwanych w reklamie. Ale jest coś co "sraktimelki" dogoniło w swej głupocie- mianowicie reklama jogurtów owocowych (słodzonych i barwionych) tej samej firmy co "sraktimelki". I tak oto uszom i oczom mym ukazuje się nowa reklama. Reklama, w której śliczna niczym z obrazka mama uczy swojego ślicznego synka Stasia tabliczki mnożenia i dobrych nawyków jedzenia słodkiego, pysznego jogurciku. Ach, ten jogurcik pyszny słodki, owocowy. A kogo obchodzi, że słodycz wynika z dodatku cukru, a nie z natury owocu, który też zanim trafił do jogurtu, został zakonserwowany? Kogo obchodzi, że w obecności sacharozy (czyli właśnie zwykłego cukru dodanego do jogurtu) żadna z dobrych bakterii nie będzie mieć możliwości rozwoju i namnażania? No kogo to obchodzi? Przecież śliczna mama uczy ślicznego Stasia, że to dobry nawyk jeść słodki owocowy jogurcik? I pewnie jeszcze ułatwi naukę tabliczki mnożenia? Oh błagam!! Nie trzeba jeść jogurtów, żeby nauczyć się tabliczki mnożenia, bo tabliczka mnożenia to nie jest żadne "rocket science". A cukier zawarty w jogurciku wręcz ogłupia, chociażby dlatego, że hamuje działanie czynnika neurotroficznego odpowiedzialnego za zdolność nauki i koncentracji, co już kiedyś opisałam w moim artykule o cukrze, który przypominam TU.
Nie ukrywam, że nienawidzę reklam. Szczególnie tych zakłamanych i ogłupiających. Bo co tu winić tą biedną mamę, skoro ona nie wie co jest zdrowe, nie zna się na mikrobiologii, biochemii, fizjologii. Więc skąd ma wiedzieć. I tak się utożsamia z tą mamą z reklamy i wydaje jej się że jej "Staś" też będzie taki zdrowy, piękny i mądry, bo przecież reklama mówi, że to zdrowe. Tak więc drogie mamy!!! Nie dajcie się ogłupić reklamom. Reklama to reklama, ma służyć zwiększeniu sprzedaży a z dobrem konsumenta mało ma wspólnego. A najbardziej boli mnie fakt, że często reklamy podpiera się rekomendacjami specjalistów. Nie wiem, co to za specjaliści i ile kasy dostali, ale ja bym z takimi specjalistami nie chciała mieć nic wspólnego. Ale o tym kiedy indziej. Mój apel do powyższego artykułu? Droga mamo! Jeśli naprawdę chcesz nauczyć swojego "Stasia" dobrych nawyków, naucz go przede wszystkim jeść świeże owoce i warzywa i pić zwykłą czystą wodę, a nie przetwarzany, dosładzany syf.

Aktualizacja 17.10.2013: Nie żebym demonizowała margarynę, ale w nawiązaniu do komentarzy pod postem myślę, że czytelnikom należy się parę słów wyjaśnienia w tej kwestii. Aktualnie do produkcji margaryn miękkich stosuje się technologie ograniczające powstawanie izomerów trans. Zastanawiający jest jednak fakt, że do niedawna na kilku margarynach widniał znak informujący o tym, że izomerów trans w nich nie ma, a następnie napis ten zniknął. I może rzeczywiście poszłam nie tym tokiem myślenia, i należało zostawić temat tłuszczów trans, których jest w margarynach coraz mniej, a raczej powinnam była skupić się bardziej na dodawanych do margaryn miękkich sterolach, bo to im przypisuje się zbawienną rolę obniżania cholesterolu. Należy jednak wziąć pod uwagę kilka faktów. Sterole działają na zasadzie ograniczania wchłaniana cholesterolu. Cholesterol z pokarmu stanowi jedynie ok 30% puli całkowitego cholesterolu w osoczu, a jego reszta w osoczu powstaje na skutek biosyntezy w organizmie (głownie w wątrobie). Należałoby więc w głównej mierze skupić się po pierwsze na tym by obniżyć ilość cholesterolu w diecie (poprzez redukcję produktów zarówno zawierających cholesterol jak i tych które sprzyjają biosyntezie cholesterolu w organizmie) i na tym jak obniżać biosyntezę frakcji LDL przez wątrobę i podwyższać stężenie frakcji HDL, na co sterole zawarte w margarynie niestety wpływu nie mają. Oczywiście wielu specjalistów nawiązuje do badań potwierdzających, że sterole obniżają poziom cholesterolu, ale są też setki specjalistów odwołujących się do badań pokazujących korelację między spożyciem zwiększonej ilości warzyw, owoców, strączkowych, zbóż, ryb, oleju budwigowego, koenzymu Q10 a nawet witaminy C a obniżonym cholesterolem całkowitym, nie tylko poprzez ograniczone wchłanianie ale i obniżanie biosyntezy frakcji LDL cholesterolu i podwyższaniem frakcji HDL. Tak samo wiele badań pokazuje pozytywną korelację między zwiększoną aktywnością ruchową a obniżaniem cholesterolu całkowitego. Podsumowując, żeby skutecznie obniżyć całkowity i zły cholesterol trzeba zmienić całokształt diety. Należy też pamiętać, że osoby, u których badania wskazują na obniżenie cholesterolu całkowitego miały też zmieniany całokształt diety. Wmawianie ludziom, że nie da się obniżyć cholesterolu przez właściwą dietę i aktywność ruchową i że trzeba spożywać margarynę, bo tylko wtedy osiągnie się sukces niestety mija się z prawdą. Dodam, że sterole ograniczają też wchłanianie witamin rozpuszczalnych w tłuszczach co na dłuższą metę może powodować ich niedobory. Między innymi dlatego jestem ogromnym przeciwnikiem stosowania margaryn jako smarowideł do pieczywa w  żłobkach i przedszkolach. No ale temat dotyczy hipercholesterolemii. Wybór należy do konsumenta. Jak ze wszystkim. A swoją drogą cholesterolu też bym nie demonizowała ale o tym kiedy indziej.

środa, 9 października 2013

Co mają wspólnego słodycz, "wirujący seks" i najcenniejsza marka świata?


Pewnie się dziwicie dlaczego wrzuciłam logo firmy Apple, a nie piękne soczyste jabłko. A choćby dlatego, że zainspirował mnie fakt, że firma Apple jest najcenniejszą marką na świecie. A jaki to ma związek z moim artykułem? A choćby taki, że według mnie jabłko to owoc nr 1 na świecie. Powszechne, tanie, dobre, łatwe w konsumpcji, boskie jako dodatek do potraw, jako składnik soków, konfitur i sosów.

Jabłko to najprostszy sposób by zaopatrzyć się w cenne składniki. Zawarte w nim pektyny oczyszczają organizm i zapobiegają zaparciom, pomagają regulować poziom glukozy i cholesterolu. Są doskonałym źródłem witaminy C, której prozdrowotne właściwości są wszystkim doskonale znane (uodparnia, hamuje wolne rodniki, odmładza, utrzymuje właściwy elastyczny stan naczyń krwionośnych ). Jabłka są też bogate w potas, którego aktualnie odczuwamy deficyt,  mają też właściwości alkalizujące. A przy wszystkich tych zaletach jest coś co całkowicie przemawia za ich spożyciem - "NISKOKALORYCZNOŚĆ".

Jabłka są  uważane za naturalny afrodyzjak. Nie do końca poznany jest związek przyczynowo-skutkowy tego zjawiska ale przypuszczam, że może to być efekt regulowania poziomu glukozy, przy jednoczesnym odczuciu przyjemności w słodkawym posmaku. Do tego sam kształt jabłka - okrągłe, jędrne, kruche, soczyste - toż to istny "wirujący seks" ;) I co się dziwić, że kobieta skusiła mężczyznę akurat jabłkiem?

Ja skusiłam się właśnie na jedno. Próbowałam w hołdzie najcenniejszej marce świata wyrzeźbić jej logo, ale się zagalopowałam ;)


A wy ile jabłek dziś zjedliście?

poniedziałek, 7 października 2013

Dyniogłowa jesień

Nie da się ukryć, mamy już jesień. Kaloryfery buchnęły ciepłem, a rano często krajobraz otula mgła. Każdy łapie przysłowiowego "jesiennego doła", bo dni coraz krótsze, noce coraz zimniejsze, a poza tym każdy mnie pyta co tu teraz jeść??? Moi drodzy - jesień to nie koniec rarytasów. To kolejny etap w ciągu roku, który ma dość przyzwoitą żywność sezonową. Jesień to najlepszy okres zbioru późnego jarmużu, okres pysznych grzybów (według mnie nadal za mało docenianych), nadal zbiera się późną fasolę szparagową, kabaczki, cukinię. No i jest ta wesoła, tryskająca pomarańczowym kolorem dynia. Ja na dyni skupiłam się najbardziej w ostatnim tygodniu i kilkoma moimi wariacjami w tym temacie postanowiłam się podzielić.

1. Składnik podstawowy - dynia i cuknia pieczone w płatkach chilli i oregano. 


Do miski skroiłam obraną dynię, pokrojoną w plastry cukinię. Zalałam odrobiną oleju rzepakowego, przyprawiłam płatkami chilli i oregano i zapiekłam w 180C przez 30 minut.

2. Zupa z dyni i cukinii.

Składniki:
Pół upieczonej dyni i upieczona cukinia (jak wyżej)
cebula
czosnek
1 marchewka
1 pietruszka
2 szklanki wody
garść lubczyku
gałka muszkatołowa (szczypta)
pestki dyni 
odrobina masła i oleju rzepakowego
2 liście laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
sól i pieprz



Cebulę i czosnek szatkujemy i podduszamy na maśle i oleju z zielem angielskim, liściem laurowym i lubczykiem. Marchewkę i pietruszkę kroimy na drobniejsze kawałki, chwilę podduszamy z cebulą i zalewamy wodą. Gotujemy do miękkości. Dodajemy upieczoną dynię i cukinię. Zagotowujemy. Wyciągamy liście laurowe i ziele angielskie. Blendujemy na krem. Dosmaczamy solą, pieprzem, gałką muszkatołową. Podajemy z pestkami dyni.

3.  Sos dyniowo-cukiniowy do spaghetti z ciecierzycą.

Składniki:
część upieczonej dyni z cukinią (jak w pkt 1.)
opakowanie passatty
2 ząbki czosnku
cebula
garść lubczyku
odrobina masła i oleju rzepakowego
łyżka suszonego oregano
łyża ziół prowansalskich
sól, pieprz, cytryna i cukier do dosmaczenia
szklanka ugotowanej ciecierzycy
makaron razowy (u mnie spaghetti)


Na maśle i oleju poddusić cebulę, czosnek i lubczyk. Dodać passattę, przyprawić ziołami, solą odrobiną cukru, pieprzem. Poddusić. Dodać ciecierzycę, dynię i cukinię. Wymieszać i chwilę poddusić. Gotowe. Mi niesamowicie smakowało z razowym makaronem spaghetti.

3. Kaszotto z pęczaku, dyni i papryki.

Z ryżem byłoby risotto, a że kasza, to kaszotto :)

Mała szklanka suchej kaszy pęczak
pół dyni 
2 papryki
pół pęczka natki pietruszki
cebula
2 ząbki czosnku
łyżka słodkiej papryki
łyżka chilli w proszku
sól i pieprz
garść, a nawet dwie, migdałów obranych i rozdrobnionych



Pół dyni w skorupie pieczemy w 200C przez 15 minut. Następnie dodajemy przepołowione i "odpeszczone" papryki i pieczemy kolejne 30 minut. Następnie gorące papryki zamykamy szczelnie w plastikowym pojemniku i czekamy do wystudzenia. Po wystudzeniu obieramy z nich skórkę i rozdrabniamy. Dynię obieramy i kroimy w drobną kostkę. Kaszę gotujemy na sypko.
Cebulę i czosnek podduszamy na maśle z przyprawami. Jak się zeszkli dodajemy dynię, paprykę i kaszę. Mieszamy i dosmaczamy solą i pieprzem. Na koniec posypujemy natką i migdałami. Oryginalny przepis podkradłam z jednego z moich ulubionych blogów Jadłonomia (http://www.jadlonomia.com/2013/10/dzieje-sie-peczak-z-dynia-i-pieczona.html). Zamieniłam orzechy na migdały (bo na laskowe jestem uczulona) i generalnie zrobiłam to bardziej na ciepło. 

4. Ciasto z dyni.

A że pół dyni z kaszotta zostało to ciasto powstało :)

Składniki:
300g mąki pszennej razowej
20 gram otrębów pszennych
pół  łyżeczki soli
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka cynamonu
pół łyżeczki gałki muszkatołowej
50 gram orzechów włoskich rozdrobnionych
4 jajka
100ml oleju rzepakowego
3/4 szklanki cukru
1,5 szklanki puree z dyni ( ja zrobiłam z połowy upieczonej wcześniej dyni, utartej na puree)



Mąkę, otręby, sól, przyprawy i poszatkowane na mniejsze kawałki orzechy mieszamy w misce. W drugiej misce łączymy za pomocą miksera cukier z jajkami, a po połączeniu dodajemy olej i miksujemy. Pomału dosypujemy mieszankę "mączną", a na koniec dodajemy puree dyniowe. Wylewamy do formy (prosokątna podłużna) i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok. 60 minut w temp. 160 stopni z termoobiegiem.  Oryginalny przepis na http://quchniawege.blogspot.com/2012/11/ciasto-dyniowe-z-orzechami.html

Smacznego

sobota, 28 września 2013

Dzień Dobry!!! To ja Magnez :)

Śniadania nie muszą być nudne. Ja dziś połączyłam przyjemne z pożytecznym.



Pasta z awokado do chleba: po prostu roztarte awokado.

Smoothie na czekoladowo: pół banana, pół szklanki owoców leśnych (mogą być mrożone), łyżeczka wiórków kokosowych, łyżeczka siemienia lnianego, 2 łyżeczki kakao (tylko naturalnego), pół szklanki wody. Można zamiast wody i wiórków kokosowych dać mleko, ale ja za mlekiem nie przepadam, a roślinnego pod ręką nie miałam. Zblendowałam i wypiłam :)

piątek, 27 września 2013

My Mean Green Juice - czyli jak stres i infekcje dostają ode mnie ciosa w nosa.

Ostatnie 2 tygodnie były dla mnie bardzo stresujące. Dużo pracy, ogromna delegacja do zorganizowania, do tego postanowiliśmy z Lolkiem prze-aranżować sypialnię. Oczywiście jako dzieci klasy robotniczej, budowlankę, jak i pieczenie dobrych ciast mamy we krwi, więc postanowiliśmy wszelkie prace w sypialni, tak jak i wcześniej w całym mieszkaniu, wykonać sami. Tak więc z jednej strony mnóstwo pracy zarówno w pracy jak i w domu, sypialnia w proszku, do tego pogoda nie rozpieszcza. Jakby tego było mało, doszedł kolejny stres, bo w środę przekroczyłam drastyczny wiek 33-ech lat. I gdyby to wszystko pozbierać do kupy, to moja odporność powinna już polec. Bo przecież stres powoduje wyrzut adrenaliny, a ta automatycznie obniża poziom witaminy C, magnezu, żelaza. Stres, wywołuje też lawinę wolnych rodników, a te wiadomo, też muszą być czymś neutralizowane- na co idą kolejne zapasy witaminy C. Ale ja się tak łatwo nie poddaję. Od paru tygodni towarzyszy mi on... wredny, zielony, wyciskany sok.




A co w nim jest?
pół ogóra (opcjonalnie)
kawałek imbiru
2 patyki selera naciowego
1 jabłko
pół cytryny
2 liście sałaty rzymskiej
pół pęczka natki pietruszki

Jak wyciskać?
Sok wyciskam w wyciskarce tłoczeniowej, nie w sokowirówce. Ma to duże znaczenie, bo sokowirówka działa na zasadzie tarcia, oprócz soku przedostaje się też pulpa. Do tego tarcie powoduje utlenianie się składników, co obniża wartość odżywczą soku. Wyciskarka, przyznam szczerze, nie jest produktem najtańszym, ale wartym inwestycji. Odseparowuje suchy odpad, nie nagrzewa się, wyciska właściwy wartościowy sok komórkowy.

Kiedy pić?
Sok najlepiej wypić na pół godziny przed posiłkiem. Większość witamin rozpuszczalnych w wodzie zdąży się wchłonąć i nic nie będzie tego procesu hamować, a te które rozpuszczają się w tłuszczach zostaną wchłonięte z posiłkiem.

A dlaczego zielony sok?
A choćby dlatego że zielone warzywa, wbrew temu co sugeruje ich kolor, posiadają ogromne ilości witaminy C. Są też świetnym źródłem beta-karotenu, żelaza, wapnia, magnezu potasu, kwasu foliowego. Zielone warzywa są doskonałym źródłem chlorofilu, który pomaga w oczyszczaniu organizmu - natka pietruszki ma ogromny potencjał oczyszczający, o czym pisałam już kiedyś w artykule "Detoks śmiecioks, herbatka wypierdatka i inne szmery bajery". Często zamieniam skład soku np. zamiast sałaty rzymskiej daję kilka garści szpinaku, zamiast selera brokuł. Kombinuję na różne sposoby. Lolkowi robię mniej hardcorową wersję z marchwi, jabłek, selera naciowego, cytryny i czasem bez jego wiedzy przemycam mu odrobinę imbiru. Na sam widok zielonego soku biedak dostaje drgawek więc nie męczę go. Z resztą on mniej stresuje się ode mnie i nie obchodzi go tak bardzo proces starzenia skóry. A ja jestem kobietką i jak najdłużej chcę wyglądać młodo. A taki sok to istna bomba z antyoksydantami. Polecam więc każdemu picie soków wyciskanych :)

środa, 18 września 2013

Najlepszy kosmetyk świata!

Wiem, wiem! To nie jest blog o kosmetykach, a o zdrowym odżywianiu ale.... co powiecie na fakt, że najlepszym kosmetykiem świata jest coś z żywności? Okazuje się, że żywność może nie tylko upiększać nas od wewnątrz ale i od zewnątrz. Chciałam w związku z tym podzielić się z Wami moim doświadczeniem z czymś, co ostatnio zagościło u mnie jako najlepszy kosmetyk, który do tej pory posiadałam. Co to takiego?

Panie i Panowie....poznajcie... OLEJ KOKOSOWY 



I ktoś teraz pomyśli, że pewnie oszalałam, bo kto dziś używa olejów naturalnych, skoro mamy takie fajne kosmetyki. I ja się zgadzam, że kosmetyki mamy fajne, ale nie zgadzam się z tym, że jakościowo są lepsze od naturalnych, czego przykładem jest właśnie olej kokosowy. Nie będę wymądrzać się na temat jego prozdrowotnych właściwości, bo wszyscy mają wyszukiwarkę google i licytowanie się na cytaty internetowe nie ma tu głębszego sensu. Opowiem natomiast o sobie i jak przetestowałam to cudo na swoim przykładzie.

Jestem blondynką o średnio-jasnej, dość wrażliwej karnacji. Od dziecka cierpię na skazę białkową, od 18 lat na egzemę. Są to jedne z głównych powodów, dla których m.in odstawiłam w swojej diecie mleko i jego produkty. Niestety "wielkomiejskich" wodociągów nie uniknę (no chyba, że wyprowadzę się do jakiejś mazurskiej mieścinki, co byłoby spełnieniem moich marzeń, ale na chwilę obecną niestety nie jest możliwe). Woda kranowa niestety bardzo wysusza skórę i mogę się założyć, że nie jestem w tym problemie osamotniona i na pewno wielu z Was drodzy czytelnicy też ten problem dotyka. Oczywiście, korzystam z wspomagaczy jakimi są emulsje dermatologiczne, ale ich ceny są tak wygórowane, że niestety zmuszona jestem do ich ograniczania. Kiedy usłyszałam o oleju kokosowym, z lekkim niedowierzaniem postanowiłam go spróbować.

SKÓRA
Zacznę od skóry, bo o wpływ tego oleju na skórę najbardziej mi chodziło. I tu pierwszy szok. Normalnie po prysznicu w fenomenalnej warszawskiej wodzie skóra bardzo się przesusza i zaczyna swędzieć, w szczególności takiego "egzematyka" jak ja. Oczywiście zawsze w pierwszej kolejności szły balsamy super nawilżające, ale efekt ich stosowania był średni. A tu proszę! Po pierwszym użyciu  skóra przestała swędzieć i była super nawilżona. Naprawdę. Jakby jakiś cud! Nie dziwię się, że ciężarne tak ten olej chwalą w walce z rozstępami, bo poziom nawilżenia jaki on daje nie da się z niczym porównać. I wbrew pozorom nie zostawia tłustego poślizgu na skórze. Dość szybko się wchłania jak na olej.

DEPILACJA
Polecam olej kokosowy po depilacji woskiem lub depilatorem. Po prostu rewelacja. Łagodzi podrażnienia w kilka minut. Nie żartuję. Sprawdziłam na sobie.

PAZNOKCIE
To już w ogóle jakiś fenomen. Moje paznokcie zawsze były miękkie i łamliwe. Żeby wyglądały jako tako stosowałam odżywki (te na bazie toksycznego formaldehydu). A tu coś niesamowitego. Wystarczyło, że paznokcie kilka razy miały kontakt z olejem w trakcie wcierania go w skórę i muszę przyznać, że efekt był totalnie uboczny i zadziwiający jednocześnie- tak twardych paznokci w życiu nie miałam. Dziewczyny naprawdę polecam!!!

WŁOSY
Pewnie nie raz zauważyliście, że producenci odżywek do włosów wykorzystują kokosowe aromaty. Dlaczego napisałam że "wykorzystują" i "aromaty". Otóż właściwości nawilżające oleju kokosowego na włosy są znane od dawna. Producenci wykorzystują ten fakt, ale do swoich kosmetyków dodają jedynie aromat z kokosa, wmawiając nam że nasze włosy dzięki ich odżywkom będą super błyszczące. Ja częściowo rozjaśniam włosy, więc pojawił się problem przesuszonych rozdwojonych końcówek. Wystarczyło podciąć i wcierać po każdym umyciu i wysuszeniu odrobinę oleju kokosowego w końcówki. Tak jak serum. Problem znikł. Nawet moja fryzjerka otworzyła oczy ze zdumienia, że moje końcówki są w tak dobrym stanie. Więc polecam :)

Jeśli chodzi o konsystencję i wygląd oleju kokosowego, to w temperaturze powyżej 20C jest on cieczą. Wygląda jak woda o lekko kremowym odcieniu, jest lekko tłusty w dotyku. W temperaturze poniżej 20C gęstnieje i zamienia się w krem. Po nałożeniu na dłonie i roztarciu znów przechodzi w formę oleju. Jest super wydajny, łatwo się rozciera. Ma bardzo delikatny zapach. Jeśli jest to dobry gatunkowo organiczny olej kokosowy to pachnie delikatnie pieczonymi kokosankami.
Co do ceny to nie jest na pierwszy rzut oka najtańsza. 500g organicznego oleju kokosowego to koszt ok 50PLN. Ja zakupiłam 250g za niecałe 30PLN. Ale jak tak kalkuluję to 250g emulsji dermatologicznej, którą używam tylko na dłonie i która starcza mi na 2 miesiące kosztuje 38PLN. Aktualny olej kokosowy, który mam (250g/30PLN) używam juz na całe ciało drugi miesiąc i zostało mi go jeszcze ponad pół. Więc....

Polecam, polecam i jeszcze raz szczerze polecam. Nie, dlatego że coś gdzieś wyczytałam, ale dlatego, że sama tego spróbowałam i jestem mega zadowolona :).