poniedziałek, 16 grudnia 2013

Barszcz wigilijny bez zakwasu i sztucznych dodatków

Nie da się zaprzeczyć, że Święta Bożego Narodzenia to najcudowniejszy czas w roku. Cudowny nastrój , rodzina, prezenty, fatalne filmy w TV ( co też ma swój urok ;) ) no i fantastyczne, pyszne jedzenie. I chyba nie skłamię mówiąc, że polska, wigilijna kolacja składa się z najpyszniejszych dań na świecie. Mamy tak cudowną bożonarodzeniową tradycję kulinarną, że aż ślinka cieknie na samą myśl. Bo kto nie lubi barszczu, grzybowej, śledzi w kilkunastu odmianach, najróżniejszych pierogów, karpia lub innych pysznych ryb, kutii, kapusty z grzybami i wielu innych rarytasów pojawiających się na stole. Dla mnie zawsze najważniejszą i najcudowniejszą potrawą, bez której absolutnie nie wyobrażam sobie Wigilii jest barszcz z uszkami. I jak wiele jest polskich rodzin tak wiele przepisów. Każdy ma swój ulubiony. Ja postanowiłam podzielić się z Wami moim przepisem, który nie wymaga przyrządzania kilkudniowego zakwasu, ani też dodawania żadnych sztucznych koncentratów.





Oto co potrzebujemy:
2 kg buraków (obranych i pokrojonych na ćwiartki lub ósemki w zależności od wielkości)
2 cebule obrane
2 garści suszonych grzybów (u mnie podgrzybki)
3 liście laurowe
6 ząbków czosnku obranych
6 suszonych śliwek 
3 średnie kwaśne jabłka, pokrojone w ćwiartki i z wydrążonymi gniazdami
2 łyżki suszonego lubczyku
2 łyżki suszonego majeranku
do dosmaczenia sól, cukier, cytryna, pieprz
duży 5l garnek

Do garnka wrzucamy buraki, cebulę, suszone grzyby i liście laurowe. Zalewamy do pełna wodą, zagotowujemy i gotujemy ok 1 godz, aż buraki zmiękną. Gdy buraki będą miękkie dodajemy czosnek, śliwki, jabłka, lubczyk i majeranek. Gotujemy jeszcze jakieś 5 minut. Zdejmujemy z ognia i odstawiamy na noc w chłodne miejsce. Na drugi dzień odcedzamy barszcz do nowego garnka i zagotowujemy. Do blendera wlewamy około 1-2 szklanek odcedzonego barszczu w wrzucamy kilka pozostałych z gotowania ćwiartek buraków ( u mnie taka ilość ćwiartek jak 1 burak) i dobrze blendujemy ok 4-ech minut. Dodajemy zblendowany koncentrat do gotującego się barszczu. Dosmaczamy solą, cukrem, pieprzem i sokiem z cytryny. Pyszny, esencjonalny barszcz gotowy :)

środa, 27 listopada 2013

Kiszona czy kwaszona? Chwyt słowny, czy może coś na rzeczy?

Ostatnio ktoś skrzętnie podsunął mi cytat z poradni językowej PWN online z pytaniem, czy pani dr z Uniwersytetu Warszawskiego się przypadkiem nie pomyliła i jaka jest różnica między kapustą kiszoną a kwaszoną? A że mamy zimę i kapusta kiszona jest w tym okresie produktem jak najbardziej pożądanym, postanowiłam w jej temat lekko się zagłębić.



Oto cytat z poradni językowej PWN który wzbudził kontrowersję:

"kwaszona czy kiszona?

Piszę pracę magisterską na temat konsumentów kapusty kwaszonej. Chcę dowiedzieć się, która nazwa jest prawidłowa: kapusta kwaszona czy kapusta kiszona. Którą nazwę stosowano dawniej? Jakie jest pochodzenie tych wyrazów? Bardzo dziękuję za udzielenie odpowiedzi.
Obie nazwy kapusta kiszona i kapusta kwaszona są poprawne. Określenie kiszona to historycznie imiesłów od czasownika kisić | kisieć, a kwaszona pochodzi od kwasić. Historycznie wcześniejszy jest czasownik kwasić (prasłowiańskie kvasiti) 'powodować fermentację', natomiast czasowniki kisić | kisieć są zachodniosłowiańską innowacją. W języku polskim są poświadczone od XV w. Łączy je wspólne pochodzenie i następujący związek znaczeniowy: kwasić to powodować, że coś kiśnie, kisi się.
— Krystyna Długosz-Kurczabowa, Uniwersytet Warszawski"

I teraz owszem, można by debatować nad stroną językową, ale w tej kwestii specjalistą nie jestem. I tak naprawdę problem językowy mnie nie dotyczy i mało obchodzi. Inny problem pojawia się natomiast, kiedy trzeba kapustę nabyć drogą kupna w sklepie. Bo tam chybił-trafił, raz na opakowaniu napisane że kwaszona, raz że kiszona (chociaż nazwę "kiszona" można już bardzo rzadko spotkać). I bądź tu człowieku mądry.
Zacznę więc od tego jak proces technologiczny kiszenia kapusty na skalę przemysłową powinien zachodzić, by uzyskać właściwą, prawdziwą kapustę kiszoną. Pokrótce wygląda to tak: zebrana kapusta jest szatkowana i gromadzona w silosach. Podczas napełniania dodawana jest równomiernie sól. Kapustę przykrywa się folią i tak pozostawia do fermentacji na kilka dni. Następnie silosy schładza się i w ten sposób kapusta jest przechowywana dopóki nie zostanie przeładowana do beczek. Beczki rozprowadzane są do sklepów do sprzedaży na wagę, bądź kapustę przepakowuje się do innych pojemników. Jeśli kiszenie zachodzi w beczkach a nie w silosach to krajanka solona jest jednorazowo a następnie ubijana, lub przykrywa się beczkę płóciennym materiałem i uciska drewnem z obciążnikami.
Taka kapusta jest zdrowa, soczysta, chrupka. Ma jasną barwę i nie jest miękka. Ma właściwy kapuściany zapach. Obfituje w witaminę C, E i cudowne bakterie probiotyczne.
No ale jak świat światem, postęp postępem w dzisiejszych czasach wszystko musi być na szybko, na wydajnie, na długoterminowo i na ładnie. Dlatego często w sklepach sięgamy po kapustę w workach. A ta jest konserwowana sorbinianem potasu, który niszczy wszelkie dobroczynne bakterie, często dla poprawy koloru ma dodawany kwas askorbinowy wypłukujący naturalnie występującą w kapuście witaminę C. Często też pod nazwą "kwaszona" kryje się oszustwo, polegające na tym, że kapustę zwyczajnie zalewa się octem. Taka kapusta nie ma żadnych wartości odżywczych.
Jak więc się w tym wszystkim połapać skoro jedni twierdzą że kiszona i kwaszona to jedno i to samo, tylko użyto innej terminologii. Inni z kolei twierdzą, że kiszona to ta naturalna podlegająca fermentacji mlekowej, zdrowa kapusta a kwaszona to ta zalewana octem i z dodaną chemią? 
A ja mam inną propozycję, bo szczerze mówiąc jak się w sklepach rozejrzymy to prawie wszędzie widnieje napis: kapusta kwaszona. Podobno takie też są wymogi sanepidu, że ta kiszona na skalę przemysłową winna się nazywać kwaszoną, choć przyznam że wiele szukałam na temat poglądu sanepidu w  tej kwestii i dotąd nic nie znalazłam. 
Ja proponuję aby zamiast na nazwie skupić się na składzie. Z kapustą jak z kotem, nigdy nie kupujmy jej w  worku. Ta w worku zawsze jest konserwowana chemicznie. A jeśli chodzi o tą kapustę z pojemników, warto sprawdzać jej skład. Jeśli w składzie znajdziemy: kapustę, marchew, sól (ewentualnie zalewę solną) to jest to właściwa kapusta i możemy ją z czystym sumieniem nabyć. Jeśli znajdujemy w składzie coś jeszcze, odłóżmy ją bez zastanowienia. I warto jej się przyjrzeć, jeśli jest jasna, chrupka, elastyczna i specyficznie pachnie kwasem mlekowym to też dobry wybór. 
Kapusta kiszona bądź kwaszona ze słoików (z produkcji przemysłowej, a nie domowej oczywiście) też nie będzie wartościowa ponieważ wszystko co "słoikowane" jest pasteryzowane.

A na koniec dodam że najbezpieczniejszą, najlepszą i najzdrowszą metodą jest metoda naszych babć czyli kiszenie domowym sposobem. Tylko żeby czasu w życiu było więcej ....

czwartek, 14 listopada 2013

Uspokoić umysł

Żyjemy w ciągłym biegu i stresie. To fakt, którego raczej nikt nie podważy. Coraz trudniej nam się zorganizować, coraz częściej inni wywierają na nas presję, chcemy być coraz doskonalsi, coraz zdrowsi, coraz piękniejsi. Sami też często kreujemy swoje problemy i nasilamy stres. A stres przyczynia się do pogorszenia naszego stanu zdrowia, samopoczucia, pogarsza urodę, zaburza wiele procesów zachodzących wewnątrz nas samych. Skutkiem tego jest ciągłe zmęczenie, depresja, apatia, brak chęci do dalszego działania. Ile razy mówimy sobie: mam wszystkiego dość?
Czy na nasz nastrój można wpłynąć poprzez żywność? Oczywiście. Kiedyś wspominałam o znaczącej roli niacyny w naszej diecie i o tym jak jej brak we współczesnej diecie wpływa na wzrost poziomu depresji. Oprócz tego kiedyś zetknęłam się z dietą o nazwie: "Dieta dobrego samopoczucia" niejakiej Elisabeth Somer i muszę przyznać, że mimo iż nie jestem zwolenniczką diet, to akurat tutaj wygląda to bardzo logicznie. I mimo troszkę dziwnego wg mnie rozkładu posiłków (autorka diety proponuje produkty białkowe w późniejszej fazie dnia), składniki diety są dość dobrze dobrane. Dieta opiera się na warzywach, owocach, pełnowartościowych zbożach, orzechach, rybach, chudym nabiale, suszonych owocach, kiełkach. Nakłania do zdrowych przekąsek. 
Wpadłam też ostatnio na ciekawy artykuł dotyczący pewnych produktów żywnościowych, które mogą również wpływać na poprawę naszego nastroju:

Orzechy nerkowca:
Niektórzy porównują działanie dwóch garści nerkowców do działania terapeutycznej dawki prozaku. Dzieje się tak na skutek wysokiej zawartości tryptofanu, który jest prekursorem serotoniny- neurohormonu szczęścia o potocznej nazwie "jest mi dobrze"



Jagody:
Są wspaniałym źródłem antyoksydantów (garbników, antocyjanów, flawonoidów, karotenoidów), redukujących negatywne skutki stresu i wyzwalanych przez niego wolnych rodników.




Migdały:
Są źródłem cynku, żelaza i NNKT, które przeciwdziałają odczuciu zmęczenia i apatii oraz zwiększają koncentrację.



Kakao/Gorzka czekolada:
Ze względu na dużą zawartość magnezu i ananamidów pomaga w obniżaniu poziomu adrenaliny i kortyzolu, hormonów nadmiernie wydzielanych przy stresie. Dodam, że kakao jest też jednym z najlepszych roślinnych źródeł żelaza i jest zaliczane do super-żywności.



Nie zapominajmy jednak, że żywność jest kompleksowa i nasz sposób odżywiania powinien być kompleksowy. Jeśli więc zapewnimy sobie odpowiednią ilość owoców, warzyw jako źródeł wielu witamin (szczególnie witaminy C pomagającej w obniżaniu poziomu kortyzolu), mikroelementów i antyoksydantów, pełnych zbóż (które są cennym źródłem selenu i niacyny), ryb, orzechów (świetne źródło magnezu) to zbliżająca się chandra dostanie od nas klapsa i tak łatwo nas nie dopadnie :)





środa, 6 listopada 2013

Zapiekanka z soczewicy i cukinii

Idzie długi weekend i wybieramy się z Lolkiem nad morze, więc jak zwykle przyszedł mi do głowy pomysł, by opróżnić lodówkę. Wygrzebałam, poskładałam, pokroiłam, poddusiłam, zapiekłam i jest :) Wyszło na 3-4 porcje.




Składniki:
pół szklanki suchej zielonej soczewicy
pół szklanki pęczaku
2 małe cukinie (średnicy ok 3-4cm, długości ok 20cm)
6 średnich pieczarek
pół dużej papryki
3 duże łyżki pesto pomidorowego (może być domowe albo kupione ale bez  żadnych sztucznych dodatków, ja robię z przecieru, czosnku, oliwy, parmezanu, bazylii i innych ziół)
ząbek czosnku
mała czerwona cebula
odrobina masła i oleju rzepakowego do podduszenia
1 roztrzepane jajko
do smaku sól, pieprz, pieprz ziołowy, chilli, kurkuma, majeranek, lubczyk suszony
trochę tartego sera do posypania

Przygotowanie:
Kaszę i soczewicę moczymy przez kilka godzin w osobnych garnkach. Następnie gotujemy- soczewicę ok 10 minut, pęczak aż wchłonie wodę (ok. 15 minut). W międzyczasie rozdrabniamy czosnek i cebulę i podduszamy w rondelku z lubczykiem, chilli, pieprzem ziołowym, kurkumą. Jak się zeszkli to dorzucamy pokrojone w kostkę pieczarki i podduszamy jakieś 5 minut a następnie dodajemy pokrojoną w drobną kostkę paprykę. Dusimy ok 5-7  minut. Zdejmujemy z ognia. Dodajemy kaszę, soczewicę, pesto, majeranek, sól, sprawdzamy smak, ewentualnie dosmaczamy. Na koniec mieszamy z roztrzepanym jajkiem.
Cukinię myjemy i kroimy na bardzo cienkie plasterki (ok.1- 2mm). Naczynie żaroodporne smarujemy na spodzie cieniutko masłem. Wykładamy w naczyniu żaroodpornym jedną warstwę z plastrów cukinii. Na to kładziemy farsz. Przykrywamy koleją warstwą cukinii z wierzchu. Smarujemy lekko pędzelkiem olej rzepakowy na wierzchu, ja też lekko dopieprzyłam. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170C z termoobiegiem i pieczemy ok 40minut. Pod koniec dodajemy na wierzch odrobinę tartego żółtego sera. Gotowe :)









wtorek, 22 października 2013

Strach nie takie wielkie oczy ma, czyli słów parę na temat GMO, eko-żywności, suplementacji i innych takich.

I znów kontrowersyjny temat. I znów pewnie oberwie mi się, że jakim to ja jestem specjalistą, że pewnie neguję innych specjalistów. I znów jedna strona mnie poprze a inna potępi. Ale cóż takie życie. Często jestem pytana czy jestem przeciwnikiem GMO, czy jadam eko-, czy jak kto woli bio-żywność? Czy się suplementuję? Tym razem jednak nie będę demonizować, podam co najwyżej trochę swoich przemyśleń.

Zacznę więc od tego, co wywołuje najwięcej strachu i kontrowersji. Od GMO. Nie jestem niestety specjalistą od inżynierii genetycznej, więc oprę się troszkę na historii i troszkę na obserwacjach. Czy GMO jest więc złe? Ja uważam, że nie do końca. Sama idea mutacji transgenicznych jest wg mnie genialna. Bo mutacje transgeniczne z założenia mają służyć dobru ludzkiemu. W krajach trzeciego świata mogłyby pomóc w walce z głodem. Poza tym dziś wszyscy korzystamy z dobrodziejstwa jakim jest chociażby fantastyczny i zdrowy olej rzepakowy, a ten nie byłby taki zdrowy gdyby wciąż zawierał kwas erukowy. A jak wiemy kwas erukowy udało się wyeliminować poprzez krzyżowanie genetyczne. Tak więc mamy tu przykład genialnego zastosowania inżynierii genetycznej. Co więc poszło nie tak? Ja zawsze dość kontrowersyjnie porównuję GMO do religii katolickiej. I przepraszam, jeśli urażę czyjeś uczucia religijne, ale historia pokazuje, że zarówno z GMO jak i z katolicyzmem było tak, że ich idea była genialna a w praniu wyszedł jeden wielki bałagan (chciałam użyć innego słowa ale wyszło by bardzo nieładnie). I tak więc aktualnie coraz częściej wykorzystuje się i jedno i drugie w niecnych celach. Z GMO pojawił się problem dotyczący monopolizacji i patentu. Problem masowej, nazywam ją, herbicydyzacji. Bo aktualnie największe zastosowanie mutacji genetycznej znajdujemy na przykładach upraw warzyw, które nawozi się herbicydami zawierającymi glifostat. Glifostat hamuje działanie syntazy EPSPS, enzymu, który w warzywach odpowiada za ich smak i zapach. I tak sprytne koncerny wykorzystały mutacje transgeniczne, by przy jednoczesnym giga-nawożeniu herbicydami, syntaza EPSPS była odporna na glifostat, a tym samym by warzywa zachowywały swój smak i zapach. Oczywiście firmy produkujące herbicydy zasłaniają się badaniami (opłacanymi przez samych siebie), w których nie widać szkodliwych skutków działania glifostatu na organizmy żywe. Ja dodam od siebie, że różni są specjaliści, różne są badania, różne są ich wyniki, a jak świat światem tak DDT zostało dopuszczone do stosowania jako bezpieczne, po czym historia trochę zawirowała na zakręcie. I jak świat światem, wszystko co zostało wycofane, najpierw zostało dopuszczone. Czas pokaże. Nie skłaniałbym się jednak ku temu, że jak coś przeszło mutację transgeniczną a my to zjemy to od razu oznacza, że wyrośnie nam trzecie ucho albo, że będziemy otyli, bo takie argumenty też już słyszałam. Mnie najbardziej przeraża kwestia herbicydów, monopolizacji i patentów genetycznych, bo te mogą zaszkodzić bioróżnorodności. Podsumowując pozwolę sobie zacytować Richarda Dawkinsa: "Jestem przeciwny działaniom, które mogą wywołać cierpienie jakichś istot, nie tylko ludzkich, lub mogą być szkodliwe dla środowiska. Dlatego moje podejrzenia budzą działania firmy biotechnologicznych, które wytwarzają zarówno środki chwastobójcze, jak i odporne na nie zmodyfikowane genetycznie rośliny. Tego typu monopol może prowadzić do monokultury, co nie jest najlepsze dla przyrody."





Jako drugą na tapet wezmę eko-żywność, lub jak kto woli bio-żywność. I tu znów znajduję pewne za i przeciw. Bo moim zdaniem żywność "bio" nie zawsze musi być rewelacją. No bo co mi po białym ryżu, czy on jest bio- czy nie bio to  i tak jest mało wartościowy. I to, że kupię biały ryż "bio" nie oznacza, że odżywiam się racjonalnie. Bo każdy biały ryż nie ma właściwie większych wartości odżywczych, oprócz tego że podnosi glukozę i "zapycha" "mały głód". Trzeba więc czasem zastanowić się czy pewne produkty nie są zwykłym chwytem na zarabianie na nas kasy. Trochę inaczej ma się oczywiście sprawa takich produktów jak kakao, przyprawy korzenne. tu najpewniej jest korzystać z tych eko, oczywiście sprawdzonych i certyfikowanych eko, bo taki na przykład cynamon pochodzący z Chin a prawdziwy cynamon z Cejlonu różnią się swoimi właściwościami, oczywiście na korzyść tego z Cejlonu. I tak cynamon chiński zawierający szkodliwą w nadmiarze kumarynę mamy w tradycyjnych hipermarketach a taki cynamon cejloński jest już dostępny na stoiskach ze zdrową bio żywnością i cena tegoż cynamonu jest diametralnie różna od tego ze zwykłej półki. Co do owoców i warzyw to zawsze za bio żywnością będzie przemawiał fakt, iż są one w większości nawożone bio nawozami, ale czy żadnej chemii się tu nie stosuje to wie tylko rolnik, który to uprawia. Dodam może, że kiedyś czytałam o badaniu, które wykazało że organiczna bio żywność w USA jest bardziej zanieczyszczona pestycydami niż żywność z naszych polskich upraw tradycyjnych. No i jeszcze jeden fakt, to że żywność jest bio nie oznacza, że ma więcej wartości odżywczych, ale że jest czystsza w kwestii sztucznych nawozów. Oczywiście istnieje jeszcze tak zwana domowa żywność eko, którą ja uwielbiam, która pozwala jedynie na uprawę sezonową i wolną od sztucznych nawozów, i takim przykładem są owoce i warzywa z własnej uprawy w ogrodzie lub na działce. I taka żywność na pewno jest o wiele bardziej odżywcza, chociażby dlatego, że jest sezonowa. A to właśnie sezonowość produktu świadczy o jego pro-zdrowotności. Jeśli o mnie osobiście chodzi to ja z żywności bio kupuję cytryny, bo te są wolne od sztucznych konserwujących wosków, a cytryny i tak są sprowadzane i tak naprawdę tu akurat ma to dla mnie sens. Kiedyś kupowałam marchewki, ale były mało soczyste i kilka razy natknęłam się na zgniłe więc zrezygnowałam na korzyść polskich sezonowych. Zastanowiłabym się też nad jajkami ale o znaczeniu jajek bio i z wolnego wybiegu pisałam już jakiś czas temu w tym artykule. Jednym słowem , nie dajmy się zwariować i zapamiętajmy, że przede wszystkim najlepsza i najwartościowsza jest żywność sezonowa.




No i przejdźmy do trzeciego tematu - suplementacji. Czy ja się suplementuję? Tak owszem. Suplementuję się tranem. A dlaczego? Bo ciężko jest w warunkach klimatycznych w jakich żyjemy syntezować swoją własną witaminę D. Bo coraz mniej jej naturalnej formy jest w żywności. Całą resztę staram się dostarczyć z żywnością, bo znam się na źródłach poszczególnych mikroelementów w żywności. I oczywiście zaraz mi się oberwie, że przecież mamy żywność przemysłową, że skąd ja wiem czy nie mam niedoborów. Nie wiem czy nie mam niedoborów, czekam aż mój lekarz skieruje mnie na badania. Wtedy się dowiem. Ale z własnej wiedzy skonstruowałam sobie tak dietę by w niedobory się nie wpędzać. Oczywiście dieta przeciętnego Kowalskiego jest niedoborowa. I często nie wynika to z faktu, że za mało czegoś w diecie dostarczył ale z tego, że być może za bardzo to z siebie wypłukał (chociażby poprzez picie coli, kawy czy herbaty) co odnosi się głównie do wapnia, żelaza i magnezu. I jeśli ktoś ma niedobory, to najpierw staram się tym osobom wskazać źródła danych składników w diecie, a przy konkretnych niedoborach zastosowanie suplementacji. Ale suplementacja też powinna być stosowana pod okiem fachowca. Bo nie wystarczy, ot tak sięgnąć po to czy tamto. Nie powinno się też stosować suplementacji jako rutyny i przez długi okres czasu, bo skutki pewnych suplementów mogą z czasem okazać się dość negatywne, co chociażby pokazują badania laboratoryjne, wykone na mojej uczelni, na zwierzętach suplementowanych witaminami z grupy B (źródło), u których wykryto otłuszczenie narządów wewnętrznych. Nie do końca właściwe też będzie stosowanie "multi" preparatów, bo skąd wiadomo czy skład danego "multi" suplementu będzie proporcjonalny do naszych niedoborów? Bo czy zdajecie sobie sprawę, że nadmiar wapnia powoduje spadek aktywnej witaminy D (po prostu ją zużywa) i jest jednocześnie antagonistą magnezu? Podsumowując- zawsze starajmy się poszukiwać źródeł mikroelementów z żywności, bo to żywność zawiera je w postaci naturalnych i najlepiej przyswajalnych kompleksów. Następnie przy zdiagnozowanych i kontrolowanych przez lekarza niedoborach stosujcie konkretną suplementację. Do momentu uzupełnienia. Zbilansowana dieta powinna po odstawieniu suplementacji zaspokoić zapotrzebowanie na dane mikroskładniki.


wtorek, 15 października 2013

Czy mama nauczy Stasia tabliczki mnożenia i dobrych nawyków?

Nie jestem fanem TV. Generalnie jak coś leci, to leci w tle.  Zrezygnowałam z oglądania telewizji komercyjnej, bo zwyczajnie nie mam na to czasu, a jak już go mam, to wolę poświęcić go na jakąś dobrą premierę na HBO, nieprzerywaną reklamami. Bo tych nie znoszę. Często jestem też biernym widzem TVN24, którego z kolei wiernym widzem jest mój Lolek, więc od przeklętych reklam nie mogę się całkowicie odciąć. I tak chcąc, czy nie chcąc, obijają się o mój wzrok i słuch coraz to głupsze reklamy i ogólnie może bym to olała, ale jak widzę jak ewidentnie robi się z nas widzów debili, to szlag mnie trafia.
I tak oto mamy reklamę płatków fitness, z piękną chudą modelką w tle, i słyszymy jakie to one zdrowe, bo mają witaminy i błonnik. Dlaczego nikt nie doda, że te witaminy są syntetyczne? Że płatki dosładzane są cukrem? Że mimo, tak jak to opisują, "wielkiej zawartości błonnika" powodują skoki, glukozy i pobudzają apetyt, będąc jednocześnie motorem cukrzycy? Chwilę później leci reklama mega zdrowego soku marchwiowego dla dzieci, ale znów nikt nie doda, że witamina C w tym soku jest wynikiem jego fortyfikacji a nie natury, że w szklance tego soku mamy równowartość kilku łyżeczek cukru? 
Nie wspominając już o margarynach miękkich, które to rzekomo pomagają obniżać poziom złego cholesterolu. Heloł? Czy jest na sali specjalista? A czy to nie izomery trans zawarte w każdej margarynie (niezależnie czy jest twarda czy miękka) zwiększają poziom złego cholesterolu LDL sprzyjającego tworzeniu się blaszki miażdżycowej, co udowodniono już wielokrotnie? Ale pani w reklamie udająca lekarza wmawia konsumentowi, że właściwa dieta i zwiększona aktywność ruchowa, nie są w stanie obniżyć cholesterolu. I że trzeba jeść margarynę.





Jednym z moich najbardziej ulubionych debilizmów reklamowych były "sraktimelki", dla zdrowego "pimpuszka" twojego maluszka. Jest chyba jednak sprawiedliwość, bo coś kiedyś obiło mi się o uszy, że producent "sraktimelków" musiał się dość intensywnie procesować i niestety nie udało mu się udowodnić prozdrowotnych właściwości tegoż specyfiku, tak dumnie wykrzykiwanych w reklamie. Ale jest coś co "sraktimelki" dogoniło w swej głupocie- mianowicie reklama jogurtów owocowych (słodzonych i barwionych) tej samej firmy co "sraktimelki". I tak oto uszom i oczom mym ukazuje się nowa reklama. Reklama, w której śliczna niczym z obrazka mama uczy swojego ślicznego synka Stasia tabliczki mnożenia i dobrych nawyków jedzenia słodkiego, pysznego jogurciku. Ach, ten jogurcik pyszny słodki, owocowy. A kogo obchodzi, że słodycz wynika z dodatku cukru, a nie z natury owocu, który też zanim trafił do jogurtu, został zakonserwowany? Kogo obchodzi, że w obecności sacharozy (czyli właśnie zwykłego cukru dodanego do jogurtu) żadna z dobrych bakterii nie będzie mieć możliwości rozwoju i namnażania? No kogo to obchodzi? Przecież śliczna mama uczy ślicznego Stasia, że to dobry nawyk jeść słodki owocowy jogurcik? I pewnie jeszcze ułatwi naukę tabliczki mnożenia? Oh błagam!! Nie trzeba jeść jogurtów, żeby nauczyć się tabliczki mnożenia, bo tabliczka mnożenia to nie jest żadne "rocket science". A cukier zawarty w jogurciku wręcz ogłupia, chociażby dlatego, że hamuje działanie czynnika neurotroficznego odpowiedzialnego za zdolność nauki i koncentracji, co już kiedyś opisałam w moim artykule o cukrze, który przypominam TU.
Nie ukrywam, że nienawidzę reklam. Szczególnie tych zakłamanych i ogłupiających. Bo co tu winić tą biedną mamę, skoro ona nie wie co jest zdrowe, nie zna się na mikrobiologii, biochemii, fizjologii. Więc skąd ma wiedzieć. I tak się utożsamia z tą mamą z reklamy i wydaje jej się że jej "Staś" też będzie taki zdrowy, piękny i mądry, bo przecież reklama mówi, że to zdrowe. Tak więc drogie mamy!!! Nie dajcie się ogłupić reklamom. Reklama to reklama, ma służyć zwiększeniu sprzedaży a z dobrem konsumenta mało ma wspólnego. A najbardziej boli mnie fakt, że często reklamy podpiera się rekomendacjami specjalistów. Nie wiem, co to za specjaliści i ile kasy dostali, ale ja bym z takimi specjalistami nie chciała mieć nic wspólnego. Ale o tym kiedy indziej. Mój apel do powyższego artykułu? Droga mamo! Jeśli naprawdę chcesz nauczyć swojego "Stasia" dobrych nawyków, naucz go przede wszystkim jeść świeże owoce i warzywa i pić zwykłą czystą wodę, a nie przetwarzany, dosładzany syf.

Aktualizacja 17.10.2013: Nie żebym demonizowała margarynę, ale w nawiązaniu do komentarzy pod postem myślę, że czytelnikom należy się parę słów wyjaśnienia w tej kwestii. Aktualnie do produkcji margaryn miękkich stosuje się technologie ograniczające powstawanie izomerów trans. Zastanawiający jest jednak fakt, że do niedawna na kilku margarynach widniał znak informujący o tym, że izomerów trans w nich nie ma, a następnie napis ten zniknął. I może rzeczywiście poszłam nie tym tokiem myślenia, i należało zostawić temat tłuszczów trans, których jest w margarynach coraz mniej, a raczej powinnam była skupić się bardziej na dodawanych do margaryn miękkich sterolach, bo to im przypisuje się zbawienną rolę obniżania cholesterolu. Należy jednak wziąć pod uwagę kilka faktów. Sterole działają na zasadzie ograniczania wchłaniana cholesterolu. Cholesterol z pokarmu stanowi jedynie ok 30% puli całkowitego cholesterolu w osoczu, a jego reszta w osoczu powstaje na skutek biosyntezy w organizmie (głownie w wątrobie). Należałoby więc w głównej mierze skupić się po pierwsze na tym by obniżyć ilość cholesterolu w diecie (poprzez redukcję produktów zarówno zawierających cholesterol jak i tych które sprzyjają biosyntezie cholesterolu w organizmie) i na tym jak obniżać biosyntezę frakcji LDL przez wątrobę i podwyższać stężenie frakcji HDL, na co sterole zawarte w margarynie niestety wpływu nie mają. Oczywiście wielu specjalistów nawiązuje do badań potwierdzających, że sterole obniżają poziom cholesterolu, ale są też setki specjalistów odwołujących się do badań pokazujących korelację między spożyciem zwiększonej ilości warzyw, owoców, strączkowych, zbóż, ryb, oleju budwigowego, koenzymu Q10 a nawet witaminy C a obniżonym cholesterolem całkowitym, nie tylko poprzez ograniczone wchłanianie ale i obniżanie biosyntezy frakcji LDL cholesterolu i podwyższaniem frakcji HDL. Tak samo wiele badań pokazuje pozytywną korelację między zwiększoną aktywnością ruchową a obniżaniem cholesterolu całkowitego. Podsumowując, żeby skutecznie obniżyć całkowity i zły cholesterol trzeba zmienić całokształt diety. Należy też pamiętać, że osoby, u których badania wskazują na obniżenie cholesterolu całkowitego miały też zmieniany całokształt diety. Wmawianie ludziom, że nie da się obniżyć cholesterolu przez właściwą dietę i aktywność ruchową i że trzeba spożywać margarynę, bo tylko wtedy osiągnie się sukces niestety mija się z prawdą. Dodam, że sterole ograniczają też wchłanianie witamin rozpuszczalnych w tłuszczach co na dłuższą metę może powodować ich niedobory. Między innymi dlatego jestem ogromnym przeciwnikiem stosowania margaryn jako smarowideł do pieczywa w  żłobkach i przedszkolach. No ale temat dotyczy hipercholesterolemii. Wybór należy do konsumenta. Jak ze wszystkim. A swoją drogą cholesterolu też bym nie demonizowała ale o tym kiedy indziej.